Dziś był indyk - pokazano mi jak go ciąć (w poprzek ścięgien), pokroić, zatłuc. Potem sól, pieprz (za mało przypraw) i na patelnię. Do tego była marchewka i groszek w puszce w sosie z mleka, cukru i mąki (miało być na słodko) i ziemniaki - ugotowane, usmażone na patelni z czosnkiem, papryką i majerankiem.
Roboty mało, jeśli ktoś wie co robi. Mój kotlet pofrunął nawet na ziemię. Dużo błędów organizacyjnych. Co, kiedy, od czego zacząć. W kuchni brudno. No ale zjedliśmy ;)
Zostało dużo ziemniaków i indyka.
Ziemniaki wykorzystam do zapiekanki. Indyka do gyrosa albo sałatki.
Na przyszłość muszę przygotować wcześniej naczynia, półprodukty i ustalić kolejność.
Na deser miało być ciasto z galaretką i owocami. Odpuściłam sobie, bo nasz piekarnik chodzi non stop.
Zrobiłam kogel - mogel z cukrem waniliowym. Nic dobrego.
Chodzą za mną różne przysmaki. Im więcej czytam o jedzeniu, tym częściej mam ochotę coś zrobić.
Jakieś ciasto...deser...dobry, lekki obiad. Coś prostego, pogodnego...
Nie zraziłam się do gotowania jak narazie. Jest ok.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz